Nowa książka Knedler w Novae Res. Opinie czytelników bardzo pozytywne!

Magdalena Knedler to autorka znana z tytułów „Pan Darcy nie żyje”, „Winda” czy „Klamki i dzwonki”, recenzentka i redaktorka, wrocławianka.  Udowodniła już, że umie zaskoczyć czytelnika – tym razem przygotowała powieść z tłem historycznym, której akcja dzieje się dwutorowo – współcześnie i w czasie II Wojny Światowej. „Dziewczyna z daleka” właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Novae Res. Opinie czytelników potwierdzają, że jest to książka niezwykła. 

„Dziewczyna z daleka” jest jeszcze lepsza niż ‚Klamki i dzwonki'”, „ambitna powieść o przekleństwie wojny, syberyjskich realiach, życiu w czasach okupacji”, „to swoista lekcja historii, ale też piękna opowieść o silnych uczuciach”, „jedna z najważniejszych lektur tej zimy” – to tylko niektóre z licznych słów zachwytu, jakie już padły pod adresem najnowszej powieści Magdaleny Knedler.

Kim była Maria Knedler, której poświęciła pani „Dziewczynę z daleka”?

Magdalena Knedler: Maria Knedler była moją babcią. Poświęcała mi dużo czasu i wzrastałam wśród jej opowieści – przede wszystkim tych z czasu wojny, ale też wcześniejszego. Były to również opowieści o dawnej Warszawie, bo tam przed wojną mieszkała moja rodzina. O mieście, którego już nie ma, bo nigdy nie odrodziło się z gruzów w tym samym kształcie. Opowieści mojej babci wywarły na mnie bardzo duży wpływ. Niestety – odeszła za wcześnie, zanim zdążyłam zadać jej najważniejsze pytania.

Opowieści wojenne były obecne w pani domu rodzinnym „od zawsze”. Czy stąd chęć napisania historii o tych czasach?

Tak, ale nie tylko. Historia zawsze mnie pasjonowała. Był to mój ulubiony przedmiot w szkole i szczerze mówiąc, nie pamiętam, bym kiedykolwiek tak naprawdę „uczyła się” historii. To nie była typowa nauka, a raczej zagłębianie się w temat, który mnie fascynował. Nieustannie odkrywam przeszłość. Również historię drugiej wojny światowej. A ponieważ zdarzyło się tak, że mogłam o niej usłyszeć także od osób, które jej doświadczyły na własnej skórze, to eksplorowanie przeszłości zostało pogłębione przez poznanie indywidualnych punktów widzenia.

Pisze pani, że „Dziewczyny z daleka” nie byłoby bez chlebaka babci z powstania warszawskiego – chlebaka wypełnionego listami, zdjęciami, dokumentami. Czyli inspirację można czerpać zewsząd?

Oczywiście, że tak. Inspirację można czerpać zewsząd – nawet jedno zdanie, zasłyszane gdzieś, od kogoś, przypadkiem, może się stać zalążkiem nowej fabuły. Ten chlebak i przede wszystkim znajdujące się w nim zdjęcia to przedmioty, do których nieustannie wracam. Fotografie przedstawiają członków mojej rodziny, ale także osoby, o których nic nie wiem. Wypisane na odwrocie dedykacje i daty urastają do rangi symbolu – te postaci to z jednej strony ikony z przeszłości, piękne, zastygłe w stop-klatce twarze, uśmiechy zatrzymane w kadrze. Z drugiej – ludzie z krwi i kości, którzy kiedyś mieli swoje życie, przeżywali prawdziwe emocje, kochali, nienawidzili, śmiali się i płakali. A później w ich losy wdarła się wojna. Co się z nimi stało? Nie znam powojennych historii wielu z tych osób, choć na zdjęciach widzę fragment ich młodości.

Natasza Silsterwitz to nie jest miła osoba, to nie jest bohaterka, z którą chciałoby się spotkać w realnym życiu – jest despotyczna, apodyktyczna, zbyt pewna siebie, złośliwa. Ale Lena, jej wnuczka, mimo to lgnie do niej. Skąd ten magnetyzm Nataszy? Jak to się dzieje, że wszyscy jej słuchają, że słucha jej nawet obcy człowiek, Wojtek, który znalazł się w jej domu całkiem przez przypadek?

Wydaje mi się, że niektórzy po prostu mają w sobie to „coś”, co pomaga im w naturalny sposób wywoływać posłuch i stawać się dla innych autorytetami. Nie wiem tak do końca, z czego to wynika – z siły charakteru? Z pewności siebie? Myślę też, że u wielu ludzi złośliwość albo ma gdzieś swoje źródło, albo też jest pewnego rodzaju przykrywką dla prawdziwych emocji. Tak jest w wypadku mojej bohaterki. Lena natomiast lgnie do niej, ponieważ… jest jej wnuczką. I nie tylko ją kocha, ale też ma wobec niej silne poczucie obowiązku. Do pewnego stopnia są też do siebie podobne.

Czy w „Dziewczynie z daleka” próbuje pani dać lekcję historii czy człowieczeństwa?

To trudne pytanie. Nie jestem pewna, czy w ogóle chciałam dać jakąś „lekcję” w znaczeniu dosłownym. Na pewno nie było moim zamiarem pisanie o wielkich bohaterach i nieskazitelnych moralnie postawach – skupiłam się raczej na pokazaniu ludzi, którzy mimo trudnego czasu wojny i życiu w poczuciu nieustannego zagrożenia wciąż doświadczają czysto ludzkich emocji, wahają się, popełniają błędy, szukają siebie, dojrzewają, ośmielają się mieć marzenia i wiele spraw rozumieją opacznie. A później ponoszą tego konsekwencje. Natomiast prawdą jest, że historia to nauczycielka życia i należy ją znać.

„Dziewczyna z daleka” to historia o rodzinie. Jakie miejsce rodzina zajmuje w pani życiu?

Bardzo ważne. Oczywiście wiem, że rodziny (w znaczeniu – rodziców, dziadków, rodzeństwa) się nie wybiera i stąd pewnie słynne sformułowanie, jakoby z rodziną najlepiej wychodziło się na zdjęciach. Na pewno w wielu wypadkach okazuje się ono prawdziwe. Moja rodzina również nie jest idealna, bo w końcu… wszyscy jesteśmy ludźmi, z ludzkim prawem do popełniania błędów (które to prawo w każdej książce daję również swoim bohaterom). Ale trzymamy wspólny front, spotykamy się, dużo rozmawiamy, po prostu staramy się razem żyć, a nie spotykać od święta. Najważniejszy jest dla mnie oczywiście czas, który spędzam z córką i mężem.

Czy pani bohaterowie są wzorowani na realnych osobach, czy są wytworem pani wyobraźni?

Są wytworem mojej wyobraźni. Oczywiście pisarz zawsze czerpie do pewnego stopnia inspirację z otoczenia, a także (często nieświadomie) obdarza bohaterów pewnymi swoimi cechami, ale to niuanse. Postaci na kartach „Dziewczyny z daleka” narodziły się w mojej głowie. I oczywiście od razu miały bardzo wyraźne własne zdanie…

Skąd bierze się pierwsze zdanie książki? Jak się zaczyna pisanie?

Pisanie na pewno zaczyna się w głowie. Czasem w myślach pojawia się właśnie to pierwsze zdanie, które prowadzi nas dalej w historię, czasem jest to tytuł (w taki sposób powstała moja debiutancka powieść – zaczęło się od tytułu), czasem zarys fabuły, czasem silny wizerunek bohatera, wokół którego chcemy osnuć akcję. Jestem jednak z tych, którzy uważają, że pisanie to przede wszystkim ciężka praca i godziny wysiedziane przy klawiaturze, a nie jakaś mglista wena i szał twórczy.

Czy czuje się pani pisarką? (Kiedy był moment, że po raz pierwszy tak pani o sobie pomyślała, powiedziała?)

To kolejne trudne pytanie. Naprawdę. Bywają chwile, kiedy wciąż nie czuję się pisarką, a jedynie autorką kilku powieści. Takie hasła często bywają odbierane jako pewnego rodzaju kokieteria i topos afektowanej skromności, ale wierzę, że wielu piszących opowiedziałoby się po mojej stronie i dzieli moje doświadczenie. Czuję się pisarką wtedy, kiedy słyszę, że lektura mojej książki miała dla kogoś znaczenie i wryła mu się w pamięć, kiedy słyszę, że powiedziałam coś z jakiegoś powodu ważnego, lub też – że ktoś wraca do moich książek, bo znajduje w nich odpowiedzi na ważne pytania, chwilę zapomnienia, pokrzepienie, prawdę, możliwość ucieczki w inny świat lub wskazówkę. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy pomyślałam o sobie jak o pisarce, ale to wciąż coś, co się raczej zdarza niż po prostu jest.

get-2.wpapi.wp.pl

źródło: ksiazki.wp.pl